Ledwo usiadłem w fotelu samolotu, a już wiedziałem, że coś jest nie tak. Miałem przed sobą dwanaście godzin lotu do Stanów, trzymiesięczną delegację, awans w zasięgu ręki i żonę, która została w domu pod opieką mojej matki. Włączyłem podgląd z kamery, którą zainstalowałem w salonie kilka miesięcy wcześniej, żeby Ewa czuła się bezpieczniej, gdy wyjeżdżam. Chciałem tylko zobaczyć jej twarz raz ostatni przed startem.

Zamiast tego zobaczyłem, jak moja matka i bratowa policzkują moją żonę i zmuszają ją do podpisania dokumentów. Zerwałem się z fotela, telewizor w kabinie jeszcze nie zdążył wyświetlić instrukcji bezpieczeństwa, a ja już wyciągałem walizkę ze schowka. Stewardesa podeszła do mnie z uśmiechem, który zamarł jej na ustach, gdy krzyknąłem, że nie lecę. W głowie miałem tylko jeden obraz: czerwony ślad na policzku Ewy i jej oczy, które patrzyły w kamerę, jakby wiedziała, że patrzę.
Wiedziała, że wracam, zanim ja sam to zrozumiałem. Nazywam się Grzegorz Rawicz. Mam trzydzieści dziewięć lat i pracuję jako inżynier systemów w firmie technologicznej. To mieszkanie, w którym mieszkamy z Ewą, nie jest wielkie.
Dwa pokoje na cichym osiedlu, kredyt, który spłacamy od pięciu lat, i sypialnia, w której po stracie dziecka cisza stała się cięższa niż meble. Ewa ma trzydzieści cztery lata. Kiedyś uczyła w przedszkolu, dzieci wieszały się jej na nogach, a ona uśmiechała się do nich tak, jakby świat nie znał gorszego problemu niż rozlany sok na dywanie. Po tym, co się stało, przestała pracować.
Przestała śpiewać przy gotowaniu. Przestała nawet płakać przy mnie, bo nauczyła się, że mój spokój jest ważniejszy niż jej ból. Nie chcę zaczynać od początku, bo nie wszystkie początki są ważne. Ważne jest to, co wydarzyło się pięć miesięcy temu, kiedy Ewa straciła nasze pierwsze dziecko.
Nazwaliśmy je Kiełkiem, bo Ewa mówiła, że jest jak mała roślinka, która potrzebuje tylko miłości, żeby urosnąć. Była w czwartym miesiącu ciąży, kiedy zadzwoniła do mnie z bólem brzucha. Byłem w delegacji w innym mieście. Powiedziała, że zemdlała w łazience, że sąsiedzi zawieźli ją do szpitala, ale zanim dojechali, było już za późno.
Nie obwiniałem jej. Myślałem, że to wystarczy. Myślałem, że to, że nie krzyczę i nie pytam, dlaczego nie zadbała o siebie lepiej, jest oznaką mojej wielkiej miłości. Ale prawda jest taka, że mężczyzna, który milczy, nie chroni nikogo.
Milczenie to tylko wygodna ucieczka dla kogoś, kto boi się konfrontacji. Moja matka, Halina, nigdy nie przepadała za Ewą. Mówiła, że Ewa jest miła, owszem, ale za cicha i za słaba. Kiedyś przy obiedzie rzuciła, że praca nauczycielki w przedszkolu to powołanie, ale z takiej pensji to się nie da wyżyć.
Katarzyna, żona mojego starszego brata Adama, była sprytniejsza. Przy mnie zawsze mówiła do Ewy „najmilsza bratowo”, kupowała jej owoce i wysyłała wiadomości z pytaniem, czy zjadła rosół. Za moimi plecami potrafiła powiedzieć Ewie, że skoro nie może dać mężowi dziecka, to chociaż powinna być posłuszna i nie zawracać głowy rodzinie. Przez lata słuchałem tych słów i przez lata je bagatelizowałem.
Kiedy Ewa płakała, mówiłem jej, że Kaśka czasem gada bez sensu. Kiedy moja matka ją krytykowała, mówiłem, że starsze pokolenie ma swoje zdanie i trzeba to uszanować. Myślałem, że jestem dobrym mężem, bo nie biję żony, nie piję i przynoszę wypłatę do domu. Nie rozumiałem, że miłość bez ochrony to tylko puste słowa, którymi można zabić człowieka skuteczniej niż obelgą.
Na kilka dni przed moim wyjazdem do Stanów zadzwoniła matka. To była jedna z tych rozmów, które zaczynają się od westchnienia, a kończą na obietnicach, których nikt nie zamierza dotrzymać. Powiedziała, że skoro Ewa właśnie straciła dziecko, to powinna się nią zająć. Że wyjeżdżam na trzy miesiące, a ona nie chce, żeby synowa została sama.
Ujęła mnie za rękę, kiedy przyjechała, i powiedziała ściszonym głosem, że mnie też jest przykro z powodu tego dziecka. Byłem tym wzruszony. Pomyślałem, że po tylu latach chłodu matka wreszcie otworzyła serce. Nie wiedziałem, że otworzyła je po to, żeby wpuścić do środka coś znacznie gorszego niż chłód.
Ewa nie chciała, żeby Katarzyna przyjeżdżała. Kiedy jej o tym powiedziałem, składała właśnie moje koszule do walizki. Jej ręce zamarły na chwilę, a potem zapytała, czy mama naprawdę musi przyjeżdżać. Zapytałem, dlaczego jej przeszkadza.
Ewa spojrzała na mnie tym swoim zmęczonym wzrokiem, który znałem już wtedy, ale udawałem, że go nie widzę. Powiedziała, że są sprawy, o których jak opowie, to znowu uznam, że jest przewrażliwiona. Powinienem był usiąść obok niej i wysłuchać jej do końca. Zamiast tego poklepałem ją po ramieniu i powiedziałem, żeby się nie martwiła, że to tylko trzy miesiące, a jak wrócę, to jej wszystko wynagrodzę.
Ewa nic nie odpowiedziała. Po prostu schyliła głowę i dalej składała moje koszule. Katarzyna przyjechała z matką dwa dni przed moim wylotem. Wniosły do domu kosz owoców, torbę suplementów diety i gorący garnek rosołu.
Katarzyna była słodka jak miód, cmokała nad Ewą, mówiła, że kobieta musi o siebie dbać, że ona z mamą zajmą się wszystkim, żebym ja mógł spokojnie polecieć. Nakręciła nawet filmik, na którym nalewa rosół do miski i mówi do kamery, że zaopiekuje się moją żoną lepiej niż ja. Obejrzałem to w samolocie, wysłałem uśmiechniętą emotikonę i napisałem Ewie, żeby słuchała mamy i siostry. Następnego dnia wyszedłem załatwić ostatnie formalności.
Kiedy wróciłem wieczorem, Ewa była blada, a Katarzyna siedziała na kanapie z telefonem w ręku. Zapytałem, co się dzieje. Ewa powiedziała, że nic, że jest tylko zmęczona. Nie naciskałem.
Myślałem, że to kolejny objaw żałoby, że potrzebuje czasu, że nie mogę jej zmuszać do rozmowy, skoro sama nie chce. Dopiero później, oglądając nagrania z kamery, zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Tego dnia, gdy wyszedłem, Katarzyna zamknęła drzwi na klucz i położyła na stole gruby plik dokumentów. Powiedziała Ewie, że to tylko papiery, żeby Adam mógł pożyczyć pieniądze na spłatę długów.
Moja matka usiadła obok i dodała, że rodzina powinna sobie pomagać. Ewa zaczęła czytać. Im dłużej czytała, tym bardziej jej twarz bladła, bo to nie była żadna zwykła pożyczka. To było pełnomocnictwo pozwalające wykorzystać nasze mieszkanie jako zabezpieczenie kredytu, z klauzulami, które po podpisaniu oddawały kontrolę nad naszym majątkiem w obce ręce.
Ewa odłożyła papiery i powiedziała, że nie podpisze. Powiedziała, że to zbyt ważna sprawa, żeby decydować o niej bez mojej obecności. Katarzyna parsknęła śmiechem. Zapytała, kto ją nauczył tak mówić.
Moja matka uderzyła ręką w stół i powiedziała, że Ewa nie dała tej rodzinie jeszcze żadnego wnuka, a teraz nawet w takiej sprawie nie chce pomóc szwagrowi. Te słowa uderzyły prosto w najgłębszą ranę. Ewa zbladła, ale nie cofnęła się. Powiedziała, że strata dziecka była dla niej wystarczająco bolesna, że nie chce, żeby używano tego przeciwko niej.
Katarzyna wstała, podeszła do niej i zapytała, czy już sobie wszystko zaplanowała, czy zamierza się rozwieść, zabrać połowę mieszkania i zostawić rodzinę męża samą sobie. Ewa odpowiedziała, że nie zamierza nikogo okradać, ale że nie podpisze dokumentu bez mojej zgody. Katarzyna rzuciła się w jej stronę, chwyciła ją za rękę i przycisnęła długopis do jej dłoni. Ewa cofnęła się, ale Katarzyna była szybsza.
Uderzyła ją tak mocno, że głowa odskoczyła w bok. I właśnie wtedy, na lotnisku, włączyłem kamerę. Siedziałem w samolocie, patrzyłem na ten policzek i słyszałem, jak moja matka mówi, że Ewa powinna znać swoje miejsce w domu męża. Katarzyna chwyciła Ewę za włosy i pociągnęła ją w swoją stronę.
Moja matka wstała, podeszła do drzwi i przekręciła zamek. Zamknęła drzwi. Zamknęła moją żonę w środku z nimi. Widziałem, jak Ewa próbuje sięgnąć po telefon, jak Katarzyna jej go zabiera i odrzuca moje połączenia.
Widziałem, jak Ewa drze pozew rozwodowy, który przygotowały, gdy odmówiła podpisania pełnomocnictwa. Słyszałem, jak Katarzyna krzyczy, że skoro nie umie rodzić, to powinna przynajmniej zrobić coś pożytecznego dla rodziny. Widziałem, jak moja matka stoi obok i nie robi nic. Widziałem, jak Katarzyna sama uderza się w twarz, upada na podłogę i krzyczy, że Ewa ją pobiła.
Widziałem, jak moja matka jej pomaga i mówi, że widziała, jak Ewa się rzucała. Wtedy wiedziałem, że jeśli zostanę w tym samolocie, to do końca życia nie będę mógł spojrzeć Ewie w oczy. Zerwałem się, wyciągnąłem walizkę, przeprosiłem stewardesę, która próbowała mnie zatrzymać, i pobiegłem w stronę wyjścia. Procedury opuszczenia strefy zamkniętej trwały w nieskończoność.
Ponowna kontrola, anulowanie biletu, weryfikacja bagażu. Z każdą minutą patrzyłem na telefon i widziałem, jak Katarzyna trzyma moją żonę za włosy, a moja matka stoi przy drzwiach. Kiedy w końcu wypuścili mnie z hali odlotów, zadzwoniłem do mojego przyjaciela Pawła. Jest prawnikiem.
Powiedziałem mu, co się dzieje. Paweł, który zawsze miał zimną głowę, kazał mi nie wdawać się w bójkę, nagrywać wszystko, robić zrzuty ekranu i nie pozwolić nikomu zniszczyć dokumentów. Powiedział, że żonę obronię rozsądkiem, a nie pięściami. Wziąłem głęboki oddech, włączyłem nagrywanie ekranu i pobrałem nagranie z kamery na telefon.
Taksówka jechała wiecznym korkiem. Deszcz bębnił o szyby, kierowca pytał, którą drogą jechać, a ja patrzyłem na ekran, na którym Ewa stała przy ścianie, a Katarzyna krzyczała, że podpisze albo wyleci na bruk. Wtedy do drzwi zapukała pani Jadzia, nasza sprzątaczka. Katarzyna otworzyła drzwi i powiedziała jej, żeby sobie poszła, że mają prywatną sprawę.
Pani Jadzia zobaczyła twarz Ewy, czerwony ślad na policzku, podarte papiery na podłodze. Zapytała, czy wszystko w porządku. Moja matka powiedziała, że tak, że to tylko kłótnia rodzinna. Ale pani Jadzia nie dała się odprawić.
Powiedziała, że jak pani Ewa nie powie jej, żeby poszła, to ona nie wyjdzie. Wtedy Katarzyna zatrzasnęła jej drzwi przed nosem, ale pani Jadzia zdążyła zrobić zdjęcie. Później przyszedł jeszcze Jacek, dostawca wody, który usłyszał, jak Katarzyna krzyczy, że Ewa ma podpisać albo wylecieć na bruk. Też zrobił notatkę, włączył dyktafon, zanim wyszedł.
Dwóch obcych ludzi, którzy nie mieli powodu kłamać, widziało więcej niż ja przez ostatnie lata. Kiedy taksówka w końcu zatrzymała się przed bramą osiedla, było już prawie ciemno. Zapłaciłem, wysiadłem z walizką i poszedłem w stronę drzwi. Wyjąłem zapasowy klucz.
Przekręciłem go w zamku. Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem. W środku pachniało zimną herbatą imbirową i papierem. Katarzyna siedziała na kanapie z czerwoną twarzą i udawanymi łzami.
Moja matka podbiegła do mnie i chwyciła mnie za rękę. Krzyczała, że Ewa pobiła ją i Kaśkę, że w domu jest chaos, że powinnam zobaczyć, co zrobiła moja żona. Katarzyna wstała i podsunęła mi telefon z nagraniem, na którym widać tylko Ewę, podarte papiery i płaczącą bratową. Spojrzałem na ekran przez trzy sekundy.
Zobaczyłem, jak starannie wycięto kłamstwo. Wyłączyłem telefon i powiedziałem, że nie muszę oglądać, bo już widziałem wystarczająco dużo. Odwróciłem się. Ewa stała przy wejściu do kuchni, oparta o ścianę, jakby bez niej miała upaść.
Miała rozczochrane włosy, przekrzywiony kołnierzyk, a na policzku wciąż widniał czerwony ślad pięciu palców. Patrzyła na mnie bez oskarżeń, z głębokim zmęczeniem. Podszedłem do niej i zapytałem, czy ją boli. Zacisnęła usta, pokręciła głową, a potem po policzkach popłynęły jej dwie ciche łzy.
Wiedziałem, że płacze nie z bólu policzka, ale dlatego, że w końcu zadałem pytanie, które powinienem był zadać dawno temu. Moja matka za moimi plecami krzyczała dalej, ale już jej nie słuchałem. Spojrzałem jej w oczy i powiedziałem, że widziałem wszystko na kamerze. Widziałem, jak Kaśka wyjęła dokumenty, jak uderzyła Ewę, jak zamknęłaś drzwi, jak sama się uderzyła i upadła na podłogę.
Katarzyna zaczęła się jąkać, mówić, że źle zrozumiałem, że była zdenerwowana. Wtedy powiedziałem, że daję im pięć minut na spakowanie rzeczy i wyniesienie się z mojego domu. Moja matka krzyknęła, że wyrzucam własną matkę dla obcej kobiety. Katarzyna rzuciła się do moich nóg, chwyciła mnie za kostkę i błagała, żebym jej wybaczył, że chciała tylko uratować Adama, że była zdesperowana.
Schyliłem się, odsunąłem jej rękę i powiedziałem, że od teraz każde słowo w tym domu musi być wypowiedziane w obecności świadków. Zadzwoniłem do Pawła. Powiedziałem, że jestem w domu, że są tutaj i mają dokumenty, i że mam nagranie. Paweł kazał mi niczego nie ruszać, wezwać przewodniczącego wspólnoty i ochronę.
Zrobiłem to. Piętnaście minut później w moim salonie siedział pan Leszek, przewodniczący wspólnoty, pan Tomek z ochrony, Paweł z teczką pełną dokumentów, moja matka, Katarzyna, Ewa i ja. Paweł zapytał Katarzynę, czy nagranie, które mi pokazała, obejmuje całe wydarzenie. Katarzyna powiedziała, że nagrała tylko końcówkę.
Paweł podłączył mój telefon do telewizora i uruchomił pełne nagranie z kamery. Wszyscy zobaczyli, jak Katarzyna zmusza Ewę do podpisu, jak moja matka zamyka drzwi, jak Katarzyna policzkuje Ewę, jak Ewa drze pozew rozwodowy, jak Katarzyna sama uderza się w twarz i upada na podłogę. Pan Leszek zmarszczył brwi. Pan Tomek patrzył w milczeniu.
Katarzyna osunęła się na krzesło, blada jak ściana. Wtedy Ewa wyjęła z torby przezroczystą torebkę strunową. W środku było kilka ciemnobrązowych tabletek. Położyła ją na stole.
Powiedziała, że dała jej to Katarzyna na kilka dni przed poronieniem. Katarzyna natychmiast zaprotestowała, krzyknęła, że to były zwykłe suplementy diety, że Ewa próbuje zwalić winę na nią. Ale Ewa wyjęła telefon i pokazała starą wiadomość od Katarzyny, w której pisała, że Ewa ma brać te tabletki regularnie, że mama mówi, że są dobre dla ciąży, i żeby nie mówić Grzesiowi, bo będzie panikował. Paweł założył rękawiczki, włożył torebkę do papierowej koperty i zapieczętował.
Powiedział, że tabletki muszą zostać przebadane. Katarzyna zaczęła dzwonić do Adama. Płakała, mówiła, że wszystko się sypie, niech przyjeżdża natychmiast. Adam przyjechał dwadzieścia minut później.
Wyglądał, jakby nie spał od kilku dni. Katarzyna rzuciła się w jego stronę, zaczęła tłumaczyć, że zrobiła to wszystko dla niego, żeby spłacić długi. Adam odsunął ją i powiedział, że nigdy jej nie prosił, żeby zmuszała Ewę do podpisu. Powiedział, że mówił jej, żeby sprzedała samochód, zamknęła firmę i spłacała długi po kawałku.
Katarzyna krzyczała, że to by nic nie dało, że wierzyciele przyszliby do domu. Adam uderzył się w twarz. Nie uderzył jej. Uderzył siebie.
I ukrył twarz w dłoniach. Paweł otworzył wtedy teczkę Katarzyny, którą zdążył przejąć, zanim ktoś zdążył ją zabrać. Wyjął kolejny plik dokumentów i powiedział, że to nie jest tylko pełnomocnictwo. To jest gotowa umowa przedwstępna kupna sprzedaży naszego mieszkania.
Wszystkie dane były wypełnione, kupujący był nieznaną mi osobą, a w uwagach zapisano, że w przypadku wycofania się sprzedającego traci on zadatek i płaci karę. Zrozumiałem, że Katarzyna nie chciała tylko pożyczyć pieniędzy. Chciała sprzedać mój dom, kiedy byłem w Stanach. Chciała wykorzystać nieobecność, strach Ewy i ból po stracie dziecka, żeby odebrać nam wszystko.
Adam spojrzał na żonę i powiedział, że od dzisiaj jest z nią w separacji. Powiedział, że jest biedny, ma długi, ale nie pozwoli jej dalej krzywdzić innych w imię rodziny. Potem zadzwonił telefon Katarzyny. Jakiś mężczyzna powiedział jej, że jeśli sprawa z mieszkaniem nie wyjdzie, ma zwrócić zaliczkę, którą wzięła od grupy zajmującej się lichwiarskimi pożyczkami.
Wtedy wszystko stało się jasne. Katarzyna wpadła w sidła, które sama zastawiła. Tej nocy zawiozłem matkę i Adama na wieś. Matka milczała przez całą drogę.
Dopiero przed bramą domu zapytała, czy jej nienawidzę. Włożyłem jej do ręki kopertę z pieniędzmi na życie i powiedziałem, że nie nienawidzę jej, że nadal jest moją matką, że będę wysyłał pieniądze co miesiąc, ale że nie wolno jej już samowolnie wchodzić do mojego domu. Powiedziałem, że szacunek do niej nie oznacza, że pozwolę jej krzywdzić moją żonę. Matka nie odpowiedziała.
Spojrzała na kopertę, a potem odwróciła się i weszła do domu. Wróciłem nad ranem. Miasto było puste, ulice mokre. Nie czułem satysfakcji.
Czułem tylko bolesną ulgę, że w końcu prawda wyszła na jaw, i wstyd, że kosztowała tyle cierpienia. Ewa nie wybaczyła mi od razu. Następnego ranka przeniosła się do mniejszego pokoju. Zabrała kilka ubrań, poduszkę i drewniane pudełko, w którym trzymała pamiątki po naszym dziecku.
Powiedziała, że potrzebuje czasu, że chce zobaczyć moją zmianę w czynach, a nie w obietnicach. Nie prosiłem jej o wybaczenie. Powiedziałem tylko, że poczekam, ile będzie trzeba. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było wymienienie wszystkich zamków i zmiana hasła do kamery.
Wszystkie dokumenty domu zdeponowałem w skrytce bankowej, do której tylko my dwoje mieliśmy dostęp. Anulowałem delegację do Stanów. Szef zapytał, czy jestem pewien. Powiedziałem, że mam pilną sprawę rodzinną.
Kiedyś myślałem, że mężczyzna musi zarabiać dużo, żeby zaopiekować się żoną. Teraz wiem, że czasami bycie na miejscu w odpowiednim momencie jest ważniejsze niż jakakolwiek premia. Ewa, kiedy się dowiedziała, powiedziała, że nie potrzebuje, żebym rzucał dla niej pracę. Potrzebuje tylko, żebym, gdy ją boli, nie kazał jej udowadniać, że naprawdę ją boli.
Te słowa zdławiły mnie bardziej niż wszystkie krzyki mojej matki. Kilka tygodni później zadzwoniła matka. Jej głos był ochrypły, niepewny. Przyznała, że popełniła błąd, że posłuchała innych, że pozwoliła, by duma ją zaślepiła, i że skrzywdziła Ewę.
Ewa trzymała telefon przez długą chwilę. W końcu powiedziała, że przyjmuje przeprosiny, ale że zaufanie musi odbudować się samo. Czas to pokaże. Katarzyna musiała stawić czoła konsekwencjom prawnym.
Tabletki trafiły do analizy. Sprawa ciągnęła się długo, ale przynajmniej prawda ruszyła swoją drogą. Straciła szacunek rodziny, zaufanie męża, a grupa lichwiarska, od której wzięła zaliczkę, zaczęła jej szukać. Nie czułem satysfakcji, patrząc na rozpad innej rodziny.
Ale zrozumiałem, że są konsekwencje, których nikt za nas nie poniesie. Adam przyszedł do nas pewnego popołudnia. Długo stał przed bramą, zanim zadzwonił. Przeprosił i poprosił tylko o szansę, żeby samemu naprawić swoje błędy.
Pomogłem mu znaleźć pracę przez znajomych. Nie dałem mu pieniędzy i nie poręczyłem żadnej pożyczki. Pomaganie rodzinie nie oznacza budowania mostu, po którym mogą wejść w kolejne błędy. Dom powoli odzyskiwał spokój.
Nie ten przerażający spokój sprzed lat, ale nowy, ostrożny spokój. Nauczyłem się pukać do pokoju Ewy, zanim wejdę. Nauczyłem się pytać, czy jest zmęczona, i słuchać odpowiedzi do końca. Nauczyłem się nie mówić „nie myśl o tym”, bo dla kogoś, kto został zraniony, nic nie mija tak szybko, jak myślą inni.
Pewnego wieczoru, gdy padał deszcz, Ewa otworzyła drewniane pudełko. W środku były małe żółte skarpetki, pierwsze zdjęcie USG i kartka, na której napisała imię Kiełek. Trzymała te skarpetki w dłoniach, siedziała w milczeniu, a potem zaczęła płakać. To był pierwszy raz od wielu miesięcy, kiedy płakała głośno.
Usiadłem obok niej i powiedziałem, że nasze dziecko istniało, że jej ból jest prawdziwy. Ewa oparła głowę o moje ramię. Delikatnie, jakby bała się, że znowu ją zawiodę. Ale dla mnie to był początek czegoś nowego.
Nie przebaczenia za wszystko, ale szansy na pójście dalej. Zrozumiałem, że bycie mężem nie polega na staniu pośrodku, żeby zadowolić wszystkich. Czasami stanie pośrodku to tylko wymówka, żeby unikać odpowiedzialności. Bycie mężem to stanie we właściwym miejscu, zwłaszcza gdy osoba obok ciebie cierpi.
Niektórzy, którzy sieją intrygi, zbierają nieszczęście, a ci, którzy są dobrzy, jeśli w porę się opamiętają, mogą jeszcze uratować swój dom, zanim się zawali. Stałem przy oknie i patrzyłem, jak deszcz przestaje padać. Za moimi plecami Ewa spała, pierwszy raz od dawna głęboko i spokojnie.
Wiedziałem, że to dopiero początek drogi, ale przynajmniej tym razem szliśmy nią razem.