Matka złapała mnie za dłonie tuż przed wejściem na salę weselną. Miała w oczach coś takiego, że aż ciarki przeszły mi po plecach. „Córka, patrz nie tylko na niego, ale na całe to towarzystwo, z którego się wywodzi. Genów nie oszukasz.

Ucz się na moich błędach”. Machnęłam wtedy na to ręką. Zupełnie wyleciało mi z głowy, że nawet moja przyszła teściowa mówiła o własnym mężu, że to chodzące nieszczęście. Dopiero po latach dotarło do mnie, w jakie bagnisko się wpakowałam.
Mateusz patrzył na mnie wtedy tym swoim maślanym wzrokiem i zarzekał się, że skoczyłby za mną w ogień. Jego rodzice, pan Janusz i pani Danuta, robili na weselu wrażenie niesamowicie serdecznych ludzi. Teść, postawny, szpakowaty facet, miał fach w ręku. Teściowa, sympatyczna kobieta, która co chwilę ukradkiem poprawiała weselne obrusy.
Zwyczajni, fajni ludzie. Myślałam, że trafiłam na wymarzoną rodzinę. Jakże się myliłam. Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, dostałam jeszcze przed ślubem.
Wpadłam wtedy do Mateusza, do jego rodzinnego domu. W kuchni zastałam panią Danutę, która wyglądała, jakby miała zaraz kogoś zamordować. „O co poszło? ” – syknęłam do narzeczonego, korzystając z tego, że jego matka akurat ostentacyjnie hałasowała, tłukąc garnkami.
„Stary kupił lodówkę” – mruknął cicho Mateusz. „I jak? Dał za nią ze trzysta złotych. Twierdzi, że w elektromarkecie identyczne chodzą po trzy tysiące”.
Wzruszyłam tylko ramionami. Przecież to tylko lodówka. O co tyle krzyku? Sprzęt okazał się jednak nie tyle używany, ile wręcz muzealny i w ogóle nie chłodził.
Na dodatek był tak potwornie głośny, jakby w kuchni lądował wojskowy helikopter. Ale to wcale nie było najgorsze. Prawdziwy dramat zaczął się w nocy, kiedy mama Mateusza weszła do kuchni po szklankę wody i zamarła. Spod tego nowo nabytego grata maszerowała cała kolumna tłustych, dorodnych prusaków.
Za ekspresową dezynsekcję musieli zapłacić około tysiąca złotych. Do tego doszły wyrzucone zapasy z lodówki i zakup nowego sprzętu, tym razem prosto z salonu AGD, za który pani Danuta zapłaciła już normalną cenę. Ten okazyjny złom wylądował na śmietniku. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam sztandarowe hasło teściowej, rzucone bez złości, z jakimś takim życiowym zrezygnowaniem: „To nie jest chłop, to jest po prostu chodzące nieszczęście”.
Pomyślałam sobie wtedy, że kobieta przesadza. Raz się facet pomylił. Wielkie mi rzeczy. Zdarza się.
Ale to nie była wpadka. To był system. Kolejny popis dał rok później, kiedy pan Janusz wpadł na pomysł ocieplenia balkonu. Chodziło o to, żeby zrobić to sprytnie i po kosztach.
„Znalazłem ekipę” – ogłosił pewnego razu przy obiedzie, promieniejąc jak dzieciak. „Chłopaki robią za grosze. Serio, prawie za darmo. Swoje materiały mają załatwione po taniości.
Wyjdzie nam trzy razy taniej niż z cennika w marketach”. „Janusz” – zaczęła ostrożnie pani Danuta. „A skąd oni to mają? Dają jakąś gwarancję?
” – „A na co ci gwarancja? Ludzie robią, robotę znają, jutro wchodzą i weszli”. Te materiały okazały się płytami styropianu, które wyglądały, jakby wyciągnięto je prosto z kontenera na odpady budowlane. Każda z innej beczki, krzywe, a niektóre wręcz nadpalone.
Ekipa składająca się z dwóch mruków, którzy słowem się nie odzywali, żarła za pięciu, a do roboty zabierała się z wyraźną niechęcią. Po dwóch dniach wzięli gotówkę do ręki, zwiali się i tyle ich widzieli. Zostawili po sobie krzywą, rozklekotaną konstrukcję, z której tak ciągnęło, że firanki w pokoju obok same się ruszały. Skończyło się na tym, że trzeba było to wszystko zrywać do gołego betonu, wzywać sprawdzoną firmę i kupować porządne materiały.
Ostateczny rachunek wyniósł półtora raza tyle, co najdroższy kosztorys, jaki wcześniej odrzucili. Janusz przez tydzień chodził po domu naburmuszony, mrucząc pod nosem: „Gdyby pogoda była lepsza, nic by nie przemarzło. W porządku byli ci fachowcy, tylko pewnie hurtownia im jakiś chłam wcisnęła”. Mateusz wtedy po raz pierwszy tak szczerze pogadał ze mną o swoim ojcu.
Siedzieliśmy w naszym wynajmowanym mieszkaniu, a chłopak, zazwyczaj oaza spokoju, aż machał rękami z bezsilności. „Ja go po prostu nie ogarniam. Przecież to nie jest żaden głupek. W pracy czyta najbardziej skomplikowane rysunki techniczne.
Sam od zera montował całą hydraulikę na wielkich halach przemysłowych. Jak można za każdym razem łapać się na te same bajeczki? ” – „No jak? ” – wolałam ugryźć się w język, bo sama nie potrafiłam tego pojąć.
Wyglądało to tak, jakby Janusz miał w głowie jakąś osobną przegródkę na super okazję, całkowicie odciętą od zdrowego rozsądku, doświadczenia czy choćby instynktu samozachowawczego. A potem przyszedł czas na historię z samochodem. To był absolutny hit. Janusz wyczaił wóz na portalu ogłoszeniowym.
Ponad dziesięcioletni niemiecki samochód z przebiegiem zbliżającym się do trzystu tysięcy kilometrów, wystawiony za bezcen. Normalnie w tej cenie można było kupić najwyżej kompletnie zajeżdżonego rzęcha. „Właściciel pilnie emigruje” – relacjonował teść z miną, jakby zdradzał rodzinie tajemnicę państwową. „Potrzebuję gotówki na już.
Oglądałem tę furę. Blacha zdrowa, parę rzeczy do zrobienia. W miesiąc doprowadzę ją do porządku”. No i przyprowadził to cudo pod dom.
Gdy nadjeżdżał, ciągnęła się za nim gęsta, błękitna chmura dymu o zapachu spalonego oleju silnikowego. I tak zaczął się remont bez końca. Na pierwszy ogień poszło wszystko, co stukało, pukało i ciekło. Potem mechanik rozebrał silnik.
Okazało się, że generalny remont ten motor przeszedł tak dawno, że niektóre zamontowane w nim części pamiętały chyba jeszcze ubiegłe stulecie. Następnie poddała się skrzynia biegów, która wrzucała przełożenia z takim zgrzytem, jakby głośno protestowała przeciwko dalszej jeździe. Na koniec dobiła ich elektryka, która zaczęła żyć własnym życiem. Reflektory zapalały się same z siebie w środku nocy.
Wycieraczki ruszały na sucho w pełnym słońcu, a radio rzęziło nawet po wyciągnięciu kluczyka ze stacyjki. Koszty napraw dawno już przebiły cenę porządnego używanego auta z pewnego źródła. Wóz po kolejnej nieudanej próbie reanimacji ostatecznie się rozsypał i stanął na podwórku przed domem rodziców Mateusza. Stał tam przykryty plandeką niczym poległy na froncie żołnierz.
Pani Danuta patrzyła na ten zarysowany pod materiałem kształt z taką chłodną pogardą, jakby to nie był grat, ale jakaś kochanka jej męża. „Chodzące nieszczęście” – rzucała pod nosem, ilekroć obok niego przechodziła. W końcu jednak ta klątwa dopadła też mnie i Mateusza. Za pieniądze z wesela, oczywiście z niemałym wsparciem rodziców, udało nam się kupić własne mieszkanie.
Nie był to żaden deweloperski standard, tylko lokal z rynku wtórnego w starej, ale solidnej kamienicy. Zwykłe odświeżenie ścian nie wchodziło w grę. Trzeba było pruć wszystko do gołej cegły. Instalacja elektryczna, rury, okna, drzwi – wszystko do wymiany.
Przez znajomych trafiliśmy na solidną, polecaną ekipę. Małżeństwo z dwoma dorosłymi synami. Robili sprawnie, zostawiali po sobie porządek i trzymali się ustalonego kosztorysu, który choć nie należał do najtańszych, gwarantował święty spokój. I właśnie wtedy, w samym środku przygotowań, kiedy w mieszkaniu stały już kupione materiały, na horyzoncie pojawił się pan Janusz.
Nie przyszedł z pustymi rękami. W oczach miał ten charakterystyczny błysk człowieka, który zaraz ogłosi światu dobrą nowinę. „Mateusz, Magda, mam dla was prezent” – wypalił od progu, siadając przy stole i zacierając ręce z uciechy. „Ten wasz remont to straszna studnia bez dna w dzisiejszych czasach, więc załatwiłem wam ekipę przez Sławka, tego, co kiedyś robił na jednym dziale z moim szwagrem.
Namierzył chłopaków z Ukrainy. Robią na czarno, bez żadnych umów i tych wszystkich bzdur. Wezmą za całość połowę tego, co wy macie zapłacić”. Mateuszowi od razu zrzedła mina.
Ja poczułam, jak skóra mi cierpnie na samą myśl o konsekwencjach. Widziałam, że w moim mężu ścierają się rozsądek i pokusa. Kwota, którą moglibyśmy zaoszczędzić według wyliczeń ojca, rzeczywiście brzmiała kusząco. Jednak dotychczasowe doświadczenia mówiły same za siebie.
„Tato” – zaczął Mateusz, starając się opanować drżenie głosu. „My już wszystko dogadaliśmy z tamtymi ludźmi. Klamka zapadła, daliśmy słowo”. – „Z kim dogadaliście?
Z tymi zdziercami? Ty w ogóle wiesz, ile oni sobie liczą za metr tynku? Mogę ci z miejsca podać pięć namiarów, gdzie zrobią to za połowę tej ceny”. – „A jakość?
” – wtrąciłam się, bo nie potrafiłam już dłużej milczeć. „Panie Januszu, chcemy to zrobić raz, a porządnie, żeby mieć spokój na lata”. – „Jaka jakość? ” – żachnął się teść.
„Tynk to tynk. Wszędzie jest taki sam. Przecież ściany się od tego nie zawalą. Jesteście młodzi, życia nie znacie, a oni was po prostu naciągają”.
Ta przepychanka trwała jeszcze dobre trzydzieści minut. Janusz rzucał argumentami, wyliczeniami i nazwiskami jakichś bliżej nieokreślonych pośredników. My jednak nie ustępowaliśmy ani na krok. W rezultacie teść śmiertelnie się obraził.
„No dobra, wasza sprawa. Grosz do grosza, a wy widzę wolicie szastać kasą na lewo i prawo. Stać was, to płaćcie”. Wyszedł z mieszkania, ostentacyjnie nadąsany.
W końcu mogłam normalnie odetchnąć. Mateusz opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. „O rany” – jęknął z rezygnacją. „Przecież on teraz nie odpuści.
Będzie suszył mi głowę codziennie, dzwonił i dawał te swoje złote rady”. – „A my będziemy robić swoje” – ucięłam twardo, choć w duchu próbowałam przekonać samą siebie. Ostatecznie nie zatrudniliśmy tamtych poleconych fachowców. Do mieszkania weszła nasza sprawdzona ekipa i ruszyła pełną parą.
Zza drzwi niósł się huk młota udarowego. W powietrzu unosił się pył. Wydawało się, że najgorsze mamy już za sobą. Nawet nie wiedzieliśmy, jak bardzo się mylimy.
Tydzień później Janusz znowu stanął w naszych drzwiach. Tym razem z obstawą. Towarzyszył mu ponury facet w roboczych ogrodniczkach, taszczący na ramieniu wielką rolę jakiejś szarej, gryzącej waty. „No i patrzcie” – teść aż pękał z dumy.
„Wełna mineralna. Prawdziwa, porządna, twarda. Waldek z roboty mi to odstąpił dosłownie za flaszkę, bo mu zostało z budowy domu. Bierzcie.
Starczy wam na całe docieplenie. Zaoszczędzicie z dwa tysiące jak nic”. Podeszłam bliżej i dotknęłam tego cudactwa. Materiał był twardy, strasznie zakurzony i cuchnął zatęchłą piwnicą.
„Panie Januszu” – zaczęłam ostrożnie – „a skąd on to w ogóle wziął? Ma to jakiś atest, certyfikat? ” – „Jaki znowu certyfikat? Waldek to swój chłop, pewny człowiek.
Mówi, że to porządna wełna skalna. To jest skalna, przecież nie żaden azbest czy jakieś śmieci”. Mateusz, który do tej pory tylko przyglądał się całej scenie, podszedł, uszczknął mały kawałek i roztarł go w palcach. W powietrzu momentalnie uniosły się drobne, kłujące włókna.
„Tato, przecież to zwykła, najtańsza wata szklana i to starej daty. Wszystko pyli, a potem będziemy się dusić. To murowana alergia”. Janusz aż zsiniał na twarzy ze złości.
„No tak, ty oczywiście wszystko wiesz najlepiej. A Waldek tyra na budowach od trzydziestu lat i się nie zna. Co? ” – „Zna się, zna” – odpowiedział chłodno Mateusz.
„Właśnie dlatego oddał ci to za bezcen. Szkoda mu było płacić za wywóz na wysypisko, więc wcisnął to tobie, robiąc z siebie wielkiego dobroczyńcę. Nie, tato, dzięki, ale nie skorzystamy. Kupiliśmy już nasz materiał, porządny i bezpieczny”.
Teść stał na środku pokoju, dysząc ciężko z wściekłości. Ten ponury facet z rolą na ramieniu przestępował tylko z nogi na nogę, wyraźnie zniecierpliwiony. „No dobra! ” – wykrzusił w końcu Janusz.
„Skoro jesteście tacy mądrzy, zabieraj to, zdzichu”. Skinął na kumpla. „Widzisz, państwo mają wszystko z najwyższej półki”. I wyszli.
W mieszkaniu zrobiło się duszno i nieprzyjemnie, jak tuż przed burzą. Ale Janusz nie zamierzał składać broni. Skoro frontalny atak się nie udał, postanowił spróbować inaczej. Zaczął wydzwaniać bezpośrednio do mnie, celując w godziny, kiedy Mateusz był zajęty w pracy.
„Cześć, Magda. Janusz z tej strony. Słuchaj, byłem dzisiaj na giełdzie budowlanej i widziałem armaturę. Prawdziwa włoska robota.
A ceny jak za zwykły market. Szukacie przecież baterii do łazienki. Nie dam ci namiar. Pojedź.
Zobacz. Zagadałem już z gościem. Rzuci wam spory rabat”. – „Dziękuję, panie Januszu, ale zamówiliśmy już wszystko przez internet z pełną gwarancją producenta” – tłumaczyłam cierpliwie.
„Gwarancja” – prychnął w słuchawkę. „Świstek papieru i tyle. A tam masz żywego człowieka. Pogadasz, wszystko ci wyjaśni.
Rusz się trochę, nie siedź tylko w miejscu”. Albo innym razem: „Magda, sąsiad z bloku obok oddaje kafelki za grosze. Zostały mu po remoncie łazienki, biały połysk, nienaruszone paczki. Podrzucić ci zdjęcia”.
Zdjęcia faktycznie przychodziły na WhatsAppa. Przedstawiały kafelki wściekle błękitne, w jakieś tandetne kwiatuszki, jak żywcem wyjęte z toalety na starym dworcu. Regularnie żaliłam się mężowi. Mateusz natychmiast dzwonił do ojca.
Mówił krótko i konkretnie, żądając, żeby w końcu dał nam spokój. Na dzień lub dwa zapadała cisza, a potem telefon znowu zaczynał wibrować. Tym razem wjechał temat super okazyjnych tapet albo prawie nowej wanny, która miała tylko delikatną rysę, bo obtarła się w transporcie. Do punktu kulminacyjnego doszło wieczorem, gdy roboty były już na wykończeniu.
Zostało tylko położenie tapety w sypialni i poustawianie mebli. Razem z Mateuszem, wykończeni, ale szczęśliwi, siedzieliśmy przy herbacie w kuchni, która wciąż była cała pozaklejana folią malarską. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Na wycieraczce stał pan Janusz.
Tuż za nim, sapiąc z wysiłku, dwaj obcy faceci wtaczali do przedpokoju ogromny, ciężki segment z politurą w kolorze mahoniu. Klasyczna meblościanka z czasów PRL-u. Zmora dawnych salonów. „No wnosić to!
” – komenderował teść, czerwony z wysiłku i dumy. „Meble wam załatwiłem. Trafiła się okazja. Znajomy z roboty chciał to wywieźć na działkę, ale odkupiłem za grosze.
Będzie w sam raz do salonu”. Mnie aż zatkało. Mateusz zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że aż rymnął o podłogę. „Tato” – jego głos stał się cichy, wręcz złowrogi.
„Co to ma być? ” – „Segment, synu. Prawdziwe drewno, porządny fornir, a nie te wasze dzisiejsze kartony z sieciówki”. – „Kto ci powiedział, że my tego potrzebujemy?
Kto ci dał prawo decydować, co postawimy w naszym mieszkaniu? ” – „A wy co, nie widzicie, jaka to jakość? To przeżyje nas wszystkich. Spójrz tylko na te zawiasy”.
– „Zabierajcie to stąd” – przerwał mu Mateusz przez zaciśnięte zęby. „W tej chwili macie to wynieść z mojego mieszkania. Dość tego, tato”. Tragarze zamarli z tym całym ciężarem w rękach.
Janusz popatrzył na syna i w jego oczach po raz pierwszy pojawiło się coś innego niż ten jego wieczny upór. Zagubienie, żal, kompletne niezrozumienie. On naprawdę nie rozumiał, dlaczego jego prezent, jego troska i chęć zaoszczędzenia młodym pieniędzy spotykają się z taką reakcją. „Przecież ja to wszystko robię dla was” – wykrztusił zachrypniętym głosem.
„Robisz to dla siebie! ” – wrzasnął w końcu Mateusz, a emocje, które zbierały się w nim latami, wreszcie eksplodowały. „Robisz to po to, żeby poczuć się bohaterem, spryciarzem, żeby potem mieć się czym chwalić przed kumplami. A potem z tych twoich okazji mamy prusaki, watę szklaną, rozpadające się balkony i rdzewiejące pod domem wraki.
Podliczyłeś kiedyś, ile mama musiała potem dopłacać przez te twoje genialne interesy? Masz pojęcie, ile ja się w dzieciństwie wstydu najadłem, jak przychodzili do mnie znajomi i oglądali ten cały chłam, który znosiłeś do domu? Nie chcemy twoich okazji. Chcemy mieć święty spokój i normalne rzeczy kupione w normalnym sklepie.
Wyjdź stąd”. To ostatnie słowo przecięło powietrze jak nóż. Janusz aż się cofnął, jakby dostał w twarz. Bez słowa, nie patrząc na nikogo, odwrócił się na pięcie i wyszedł z mieszkania.
Jego pomagierzy, wymieniając tylko porozumiewawcze spojrzenia, zaczęli taszczyć ten nieszczęsny segment z powrotem na klatkę schodową. Po tamtym wieczorze telefony nagle się urwały. Janusz dosłownie zapadł się pod ziemię. Pani Danuta zadzwoniła ze dwa razy, rozmawiała ze mną przejętym głosem, ale bez żadnych pretensji.
„Magda, on prawie nic nie je. Siedzi tylko w fotelu i gapi się w ścianę. Do Mateusza słowem się nie odzywa. Co tam się właściwie między nimi stało?
” Powiedziałam jej wszystko wprost. Teściowa przez dłuższą chwilę milczała w słuchawkę, po czym ciężko westchnęła. „Dotarło do niego w końcu. Daj Boże, żeby to coś dało.
Ja mu od czterdziestu lat powtarzam, że jest chodzącym nieszczęściem, ale może jak usłyszał to od własnego syna, to coś do niego wreszcie trafi”. Minął miesiąc. Remont wreszcie dobiegł końca. Mieszkanie zmieniło się nie do poznania.
Zrobiło się jasno, nowocześnie i z klasą. Ja z Mateuszem wreszcie mogliśmy odetchnąć pełną piersią i zacząć się urządzać. I właśnie w jedną z sobót nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Mateusz poszedł otworzyć.
Ja, krzątając się po kuchni, zamarłam, kiedy usłyszałam jego zdziwiony głos. „Tato? ”. Od razu wyszłam do przedpokoju.
Na wycieraczce stał Janusz, wyraźnie przygarbiony i jakby starszy niż ostatnio. W rękach nie trzymał ani starego materaca, ani skrzywionych drzwi, ani kolejnej roli wełny mineralnej. Trzymał małego fikusa w zwykłej plastikowej doniczce. „To ten” – odchrząknął, nie podnosząc wzroku.
„Od matki na parapetówkę, żeby wam powietrze filtrował. Jest w porządku. Kupiony normalnie w kwiaciarni”. Wyciągnął ręce przed siebie.
Mateusz wziął doniczkę, kompletnie zmieszany patrząc na ojca. „Wejdź, tato” – powiedział w końcu, odsuwając się w głąb korytarza. Janusz niepewnie przekroczył próg. Rozejrzał się po mieszkaniu.
Śnieżnobiałe, gładkie ściany, równe sufity, pachnące nowością drzwi. Żadnego zbędnego zagracenia, żadnych rzeczy z odzysku czy załatwianych po znajomości za pół litra. Wszystko wyglądało solidnie i porządnie. Na twarzy teścia nie było jednak widać zachwytu.
Malowało się na niej jakieś trudne do nazwania uczucie: wstyd, smutek, a może rodzące się powoli poczucie winy. „Ładnie to zrobiliście” – rzucił cicho pod nosem. „Niech pan siada, panie Januszu, zrobię herbaty” – odezwałam się. Usiadł przy nowym kuchennym stole i ostrożnie oparł dłonie o blat.
Siedział bez słowa, podczas gdy ja kręciłam się przy czajniku. Gdy na stole pojawiły się kubki, Janusz zaczął: „Może ja rzeczywiście nie zawsze miałem rację. Chciałem dobrze. Myślałem, że pomagam, a wychodziło… no nie dokończył”.
Mateusz tylko w milczeniu skinął głową. Rozmowa się nie kleiła. Zresztą trudno było oczekiwać, że po tylu latach wszystko od razu pójdzie gładko, ale pierwsze lody zostały przełamane. Pan Janusz już nigdy więcej nie wyskoczył z żadną super okazją.
Czasami podczas luźnej rozmowy wciąż nie potrafił się powstrzymać i rzucał: „A na bazarze to…” – ale gdy tylko napotykał wzrok syna albo synowej, momentalnie milkł i uciekał wzrokiem w bok. Naprawdę bardzo z tym walczył. Któregoś dnia podsłuchałam, jak rozmawiał przez telefon z jakimś swoim dawnym kumplem. „Nie, Władek, weź nie chcę tej twojej używanej szlifierki.
Kupię nową w Castoramie z gwarancją, bo potem to tylko człowiek dwa razy płaci”. Inaczej to brzmiało. W jego głosie nie było już tej dawnej podniety łowcy okazji. Słychać było raczej taką gorzką życiową mądrość.
A fikus na parapecie u młodych przyjął się idealnie. Stał sobie w salonie, rósł jak na drożdżach i co chwilę wypuszczał świeże zielone liście. Czasami kiedy na niego patrzyłam, przypominały mi się słowa własnej matki o genach i korzeniach. Myślałam, że w sumie to nie same korzenie są najgorsze, ale to, co z nich potem wyrasta, jeśli puści się wszystko na żywioł.
Cała sztuka polegała na tym, żeby w porę ten dziki wzrost zauważyć i przesadzić roślinkę w lepszą ziemię, albo po prostu nauczyć się regularnie przycinać te najbardziej dzikie, uciążliwe pędy. Oboje z Mateuszem chyba znaleźli już na to swój sposób i miałam cichą nadzieję, że nasze dzieci, jeśli kiedyś się pojawią, też będą to potrafiły.