Matka zerwała ze mną kontakt, gdy poślubiłem kobietę z synem

Matka przyszła do nas trzy lata po ślubie, w sobotę przed południem. Stałem akurat na drabinie i przykręcałem listwę nad drzwiami do pokoju Kuby, kiedy usłyszałem jej obcasy na betonowej ścieżce. Nie widzieliśmy się od dnia, w którym powiedziała, że skoro wybieram „cudzą rodzinę”, nie mam już po co wracać do jej domu.
Mam dziś pięćdziesiąt trzy lata. Wtedy byłem po trzydziestce, pracowałem jako księgowy w zakładzie produkcyjnym pod Toruniem i wciąż miałem zwyczaj dokładnie składać ręczniki. Matka nauczyła mnie tego po odejściu ojca. Mówiła, że porządek jest jedyną rzeczą, której człowiek może być pewien.
O Marcie opowiedziałem jej podczas niedzielnego obiadu. Siedzieliśmy w kuchni mamy, tej samej, w której od lat stał kredens po babci i pianino przykryte haftowaną serwetą. Na stole były kotlety, buraczki i kompot z wiśni.
— Pracuje w szpitalu — powiedziałem. — Jest fizjoterapeutką.
Matka skinęła głową. Zapytała o studia, rodzinę i mieszkanie. Odpowiadałem spokojnie, aż doszedłem do Kuby.
— Ma ośmioletniego syna — dodałem. — Wychowuje go sama.
Mama odłożyła widelec.
— A ojciec dziecka?
— Nie utrzymuje kontaktu. Alimenty ściąga komornik, kiedy ma z czego.
Przez chwilę poprawiała brzeg obrusa, choć leżał równo.
— Paweł, ty zawsze chciałeś ratować ludzi.
Nie chodziło o ratowanie. Marta nie potrzebowała wybawcy. Sama opłacała wynajem, dyżury brała również w święta, a wszystkie dokumenty dotyczące Kuby trzymała w niebieskiej teczce, razem z rachunkami za rehabilitację po złamaniu ręki. Kiedy ją poznałem, wymieniała uszczelkę pod zlewem, bo właściciel mieszkania od tygodnia nie odbierał telefonu.
Matka spotkała ich raz, w kawiarni niedaleko starówki. Kuba przyniósł szkicownik i przez większość czasu rysował kamienice. Mama zapytała go, czy dobrze się uczy, a gdy odpowiedział, że najbardziej lubi muzykę, stwierdziła, że z muzyki trudno wyżyć.
Po spotkaniu Marta nie narzekała.
— Ona już zdecydowała, kim jestem — powiedziała, zapinając Kubie kurtkę. — Nie będę jej przekonywać na siłę.
Dwa lata później poprosiłem Martę o rękę. Zanim ustaliliśmy datę w urzędzie stanu cywilnego, pojechałem do mamy. Liczyłem, że czas coś zmienił. Zastałem ją przy pianinie, przeglądającą stare nuty, na których nauczycielka zaznaczała mi błędy czerwonym ołówkiem.
— Pobieramy się w czerwcu — powiedziałem.
Mama zamknęła zeszyt.
— Nadal możesz się wycofać.
— Nie chcę.
Wtedy przypomniała mi, że dom po dziadkach miał kiedyś przypaść mnie. Mówiła o księdze wieczystej, kosztach remontu i tym, że sama odkładała pieniądze, żebym nie musiał brać dużego kredytu. Słuchałem do chwili, gdy nazwała Kubę obcym dzieckiem, które zawsze będzie przypominało mi, że Marta miała życie przede mną.
— Każdy miał jakieś życie przede mną — odpowiedziałem. — Ty też.
Odwróciła się do okna.
— Jeśli wyjdziesz teraz, nie wracaj po pomoc.
Ślub był skromny. Obiad zjedliśmy w małej restauracji nad Wisłą. Mama nie przyszła. Nie zadzwoniła także w Wigilię ani wtedy, gdy Kuba trafił do szpitala z zapaleniem wyrostka. Z czasem przestałem sprawdzać telefon przy każdym połączeniu z nieznanego numeru.

Kupiliśmy niewielki segment na kredyt. Szafki w kuchni były po poprzednich właścicielach, w piwnicy przeciekała rura, a przez pierwszy rok oszczędzaliśmy na wszystkim poza zajęciami Kuby w szkole muzycznej. Marta pracowała na zmiany. Ja gotowałem obiady, pilnowałem lekcji i woziłem go na fortepian.
Pierwszy raz nazwał mnie tatą w banku. Siedzieliśmy przed gabinetem doradcy, czekając na podpisanie aneksu do umowy kredytowej. Kuba szukał w plecaku długopisu i powiedział:
— Tato, masz może czarny?
Nie poprawiłem go. Podałem mu długopis i wróciłem do tabeli z ratami, bo bałem się, że gdy coś powiem, zrobię z tej chwili ciężar, którego nie powinien dźwigać.
Telefon od mamy przyszedł podczas kolacji, trzy lata po ślubie. Marta nalewała zupę pomidorową, a Kuba opowiadał o przesłuchaniu w szkole muzycznej.
— Chcę zobaczyć, jak mieszkasz — powiedziała matka bez przywitania. — Będę jutro w Toruniu.
Marta tylko postawiła przede mną talerz.
— Nie szoruj fug do północy — powiedziała, kiedy się rozłączyłem. — Ona i tak zauważy coś innego.
Następnego dnia matka weszła do przedpokoju w jasnym płaszczu. Spojrzała na mokre buty pod ścianą, plecak Kuby i stertę gazet do wyrzucenia. W salonie zatrzymała się przy starym pianinie, które kupiliśmy od emerytowanej nauczycielki z osiedla. Lakier był wytarty, a jeden pedał skrzypiał.
Kuba wrócił z kuchni z kubkiem herbaty. Przywitał się, usiadł i zagrał krótki mazurek Chopina. Nie idealnie. W jednym miejscu zgubił rytm, cofnął się i zaczął fragment jeszcze raz.
Matka patrzyła na jego dłonie.
— Kto cię uczył tego utworu? — zapytała.
— Paweł — odpowiedział Kuba. Po chwili poprawił się: — Tata. Nauczyciel też pomagał, ale tata pokazał mi początek.
Przyniósł jej potem rysunek naszego domu. Narysował Martę przy oknie, mnie z konewką i siebie na schodach. Matkę umieścił przy stole, z filiżanką w ręku.
— Nie wiedziałem, jakie ciasto pani lubi — wyjaśnił. — Więc narysowałem sernik, bo tata mówił, że robi pani najlepszy.
Usiedliśmy w kuchni. Marta podała herbatę i drożdżowe z kruszonką. Matka długo obracała filiżankę, zanim odezwała się do mnie.
— Mogłeś mieć spokojniejsze życie.
— Mam spokojne życie.
— Raty, dyżury Marty, cudze problemy…
— Nasze problemy — przerwałem. — I nasze rachunki. Nikt tu nie udaje, że ich nie ma.

Spojrzała na Kubę, który zbierał talerzyki. Potem powiedziała, że jej ojciec używał podobnych słów, gdy chciała poślubić mojego ojca. Ostrzegał ją, że mąż odejdzie, a ona zostanie z dzieckiem i kredytem. Kiedy po latach rzeczywiście odszedł, uznała, że jedynym sposobem na bezpieczeństwo jest nie pozwalać nikomu wybierać źle.
— Chciałam oszczędzić ci tego, co spotkało mnie — powiedziała.
— A przez trzy lata nie wiedziałaś nawet, gdzie mieszkam.
Nie odpowiedziała. Włożyła rysunek Kuby do torebki i wyszła bez przeprosin.
Następnego ranka znalazłem pod drzwiami kopertę. W środku były pieniądze na strojenie pianina i kartka zapisana pismem mamy: „Dla Kuby. Niech gra po swojemu”.
Nie zadzwoniłem od razu. Kopertę położyłem na kuchennym kredensie obok rachunku za gaz. Wieczorem Kuba ćwiczył ten sam mazurek, a Marta kroiła chleb na kolację. Kiedy znów pomylił rytm, zaczął od początku.
Tym razem nikt go nie poprawiał.