Zdjęcie leżało na biurku między świadectwem pracy a kartką z numerem telefonu. Patrzyłem na nie dłużej, niż powinienem patrzeć na fotografię kandydata do pracy w składzie budowlanym.

Mężczyzna miał dwadzieścia sześć lat, krótko ostrzyżone włosy i trochę zmęczoną twarz. Nie był podobny do mojego syna tak, żeby ktoś obcy od razu to zauważył. Ja jednak widziałem linię brwi, lekko przekrzywiony uśmiech i ten sam sposób mrużenia oczu.
Mój Piotr miałby wtedy dokładnie tyle samo lat.
Zaginął piętnaście lat wcześniej, kiedy miał jedenaście.
Mam na imię Andrzej, dziś mam pięćdziesiąt cztery lata. Prowadzę nieduży skład materiałów budowlanych na obrzeżach Kutna. Zaczynałem z ojcem od worków cementu ustawianych pod blaszaną wiatą, a po jego śmierci dobudowałem magazyn i małe biuro.
Praca była dla mnie przez lata najprostszym sposobem, żeby nie siedzieć za długo w domu.
Piotr wyszedł ze szkoły w listopadowe popołudnie i nie wrócił. Policja, strażacy i ludzie z okolicy przeszukiwali pola, nieużytki, stary sad i teren żwirowni za miastem. Pamiętam termosy z herbatą ustawione na masce policyjnego samochodu i sąsiadów, którzy przychodzili po pracy z latarkami.
Nie znaleziono ciała.
Po kilku latach, po postępowaniu w sądzie rejonowym, Piotra uznano za zmarłego. Zrobiliśmy niewielką tablicę na rodzinnym grobie. Moja żona Ewa długo nie chciała tam chodzić.
— Nie wiem, czy on tam powinien mieć swoje imię — mówiła. — Przecież go tam nie ma.
Nigdy nie mieliśmy więcej dzieci.
Kiedy zobaczyłem więc tamto podanie o pracę, najpierw pomyślałem, że człowiek po piętnastu latach potrafi zobaczyć podobieństwo wszędzie.
Potem przeczytałem nazwisko.
Piotr Wysocki.
Był też siedmioletni okres bez zatrudnienia. Przy nim krótka informacja: odbywanie kary pozbawienia wolności.
Normalnie odłożyłbym takie CV na bok i zadzwonił do następnego kandydata. Potrzebowałem magazyniera, człowieka z uprawnieniami na wózek widłowy i kogoś, komu mogłem zostawić klucze do hali.
Tym razem wybrałem numer.
Przyszedł następnego dnia dziesięć minut przed czasem. W poczekalni zdjął czapkę i trzymał ją na kolanach, jakby przyszedł do urzędu, a nie na rozmowę o pracę.
— W papierach jest więzienie — powiedziałem bez owijania.
— Jest.
— Za co?
Popatrzył przez chwilę na podłogę.
— Pobicie. Ciężkie. Byłem młody, potem jeszcze kilka razy narobiłem sobie problemów. Nie będę panu mówił, że byłem niewinny.
To akurat mi się spodobało.
Zatrudniłem go na okres próbny.
Ewa nie była zachwycona. Powiedziałem jej o przeszłości Piotra, ale nie o tym, że kiedy na niego patrzę, przypomina mi naszego syna.
— Andrzej, ty mu potem dasz klucze do magazynu — powiedziała przy kolacji.
— Nie jutro.
— Wiesz, o co mi chodzi.
Wiedziałem.
Piotr pracował dobrze. Nie kombinował z godzinami, nie znikał na papierosa co dwadzieścia minut, a jeśli kierowca zostawił paletę nie tam, gdzie trzeba, sam ją przestawiał. Po dwóch miesiącach znał połowę stałych klientów po imieniu.
Z czasem zaczęliśmy rozmawiać.
Wychowała go matka. Ojca właściwie nie pamiętał. Mieszkali kiedyś na osiedlu po drugiej stronie miasta, ale później przeprowadzili się do Łodzi. Po wyjściu z zakładu karnego wrócił, bo matka zachorowała i potrzebowała pomocy.
Pierwszy raz zaprosiłem go do nas przed Wielkanocą. Pomagał mi zamknąć skład po awarii bramy i zrobiło się późno. Ewa podała żurek, który został z obiadu.
Piotr siedział przy kuchennym stole i co chwilę spoglądał na stary kredens.
Dopiero później zrozumiałem dlaczego.
Na kredensie stało zdjęcie naszego Piotra z czwartej klasy.
Od tamtego wieczoru mój pracownik zrobił się przy mnie bardziej nerwowy. Kilka razy chciał ze mną rozmawiać, po czym pytał tylko o dostawę albo grafik.
Ewa zauważyła to szybciej ode mnie.
Pewnej niedzieli, kilka miesięcy później, Piotr przyszedł oddać dokumenty od samochodu firmowego. Ewa właśnie kroiła sernik do kawy.
— Usiądź — powiedziała.

Usiadł.
Żona położyła nóż obok talerza.
— Ty znałeś naszego syna?
Piotr długo nic nie mówił.
W końcu skinął głową.
Nie pamiętam, żebym podniósł głos. Pamiętam za to tykanie zegara nad drzwiami i to, że kawa zdążyła mi wystygnąć.
— Ze szkoły? — zapytałem.
— Chodziliśmy do tej samej. Nie do jednej klasy.
Powiedział, że jako jedenastolatek trzymał się kilku starszych chłopaków. Chciał im imponować. Pewnego dnia umówili się przy starej żwirowni. Piotr bał się iść sam, więc zaczepił naszego syna.
Obaj mieli na imię Piotr. To wystarczyło, żeby mój chłopak uznał, że ktoś chce się z nim zaprzyjaźnić.
Przy żwirowni czekało trzech starszych chłopców.
Kazali młodszym przejść po stromym brzegu wyrobiska. Głupi sprawdzian odwagi.
— Ja uciekłem — powiedział Piotr, patrząc na obrus. — Pański syn został.
— I co dalej?
— Przez lata nie wiedziałem.
Dopiero gdy miał dziewiętnaście lat, spotkał jednego z tamtych chłopaków. Wymusił na nim odpowiedź.
Piotr poślizgnął się na skarpie. Spadł do wody. Tamci przestraszyli się i uciekli.
— Dlaczego wtedy nie poszedłeś na policję? — zapytała Ewa.
— Miałem jedenaście lat. Najpierw bałem się starszych. Potem policji. Potem was. A później minęło tyle czasu, że każdy kolejny dzień tylko pogarszał sprawę.
Kiedy po latach usłyszał, co wydarzyło się przy żwirowni, pobił człowieka, który mu o tym powiedział. Stąd zaczął się jego ciąg wyroków.
— Wiedziałeś, czyj jest skład, kiedy wysłałeś CV? — zapytałem.
— Tak.
To zabolało mnie bardziej, niż przypuszczałem.
Nie zatrudniłem przypadkowego człowieka. On przyszedł właśnie do mnie.
Powiedział, że chciał w końcu opowiedzieć prawdę. Tyle że kiedy zobaczył nasze zdjęcia i zaczął pracować obok mnie każdego dnia, zabrakło mu odwagi.
Ewa wstała od stołu i zaczęła wkładać talerze do zmywarki.
— Powinieneś już iść — powiedziała.

Piotr wyszedł bez protestu.
Przez trzy dni nie pojawił się w pracy. Czwartego ranka znalazłem go pod magazynem. Stał przy bramie z plecakiem i kopertą z wypowiedzeniem.
Nie wziąłem jej.
Pojechaliśmy samochodem pod starą żwirownię. Teren dawno ogrodzono, część zarosła brzozami. Miałem ze sobą kopię starej mapy z akt sprawy, którą od lat trzymałem w szufladzie.
Piotr pokazał mi miejsce, gdzie widział mojego syna po raz ostatni.
Nie powiedziałem, że mu wybaczam. Nie wiedziałem wtedy, czy potrafię.
Tydzień później przekazaliśmy policji jego zeznania oraz nazwiska, które pamiętał. Po piętnastu latach niewiele można było obiecać, ale po raz pierwszy mieliśmy coś więcej niż domysły.
Piotr wrócił do pracy.
Ewa przez wiele miesięcy nie chciała go widzieć w naszym mieszkaniu. Nie namawiałem jej.
W listopadzie, w rocznicę zaginięcia syna, pojechaliśmy na cmentarz. Gdy wróciłem do składu, na moim biurku leżał mały znicz i kartka.
„Będę dziś dłużej. Dostawa pustaków przyjedzie o siedemnastej. Piotr.”
Postawiłem znicz na parapecie.
Potem wziąłem klucze do magazynu i poszedłem mu pomóc przy rozładunku.